Kosmetyki Włosy zdrowie

Zestaw ratunkowy na przesuszone włosy

Po pofarbowaniu włosów henną (post: KLIK!) ratowałam swoje przesuszone włosy na dwa sposoby – domowymi maseczkami ze spiruliną, dużą ilością żelu hialuronowego, pantenolu czy gliceryny oraz maskami gotowymi. Od dłuższego czasu na to farbowanie czekał zestaw ratunkowy, który mam ze sklepu Organeo. Mowa tu o trzech kosmetykach:

  1. Szampon lawendowy Bentley Organic
  2. Maska naprawcza Biofficina Toscana
  3. Maska nabłyszczająco-nawilżająca Eco Cosmetics

I o nich Wam dzisiaj opowiem dokładniej, bo jest o czym.

 Maska naprawcza Biofficina Toscana

 

 

Pierwotnie maskę z Biofficina Toscana wzięłam z myślą o włosach mojego Mężczyzny – jest ona bowiem dedykowana dla  włosów suchych i kręconych, potrzebujących porządnego nawilżenia. Niewykluczone, że jeszcze pojawi się u mnie post pokazujący jej działanie na jego włosach.Tak, czy owak, maska ostatecznie wylądowała w mojej hennie już podczas farbowania, żeby włosy nie przesuszyły się zbyt mocno i była też kluczowym kosmetykiem ratującym je już po farbowaniu.Jest szalenie gęsta i przez to wydajna, ale nie idzie to kompletnie w parze z niewygodną, dość twardą butelką bez pompki. Trzeba cierpliwie czekać aż gęsta maska spłynie aby dało się odrobinę wycisnąć na dłoń. Niemniej, warto poczekać, bo skład i działanie ma miodzio.

 

 W składzie tej maski mamy:

INCI: Aqua, Behenamidopropyl dimethylamine, Cetyl alcohol, Myristyl alcohol, Olea europaea fruit oil*, Salvia officinalis leaf extract*, Aesculus hippocastanum extract, Hedera helix leaf/stem extract*, Thymus vulgaris extract*, Urtica dioica extract*, Glycerin, Xanthan gum, Sorbitol, Mentha piperita oil*, Salvia officinalis oil, Lactic acid, Benzyl alcohol, Sodium benzoate, Sodium dehydroacetate, Linalool, Limonene, Linalyl acetate. 

A więc: wodę, emulgator/antystatyk, alkohol cetylowy i mirystylowy, oliwa z oliwek, wyciąg z liści szałwii, wyciąg z kasztanowca, wyciąg z bluszczu, wyciąg z tymianku, wyciąg z pokrzywy, gliceryna, guma ksantanowa (zagęstnik), sorbitol (hydrofilowa substancja nawilżająca, olejek z mięty pieprzowej, olejek szałwiowy, kwas mlekowy (regulator pH), dalej konserwanty i substancje zapachowe.
 

 
Czytając skład dochodzę do wniosku, że jeśli się maska u kogoś nie sprawdzi na włosach, da radę jako serum antycellulitowe 😉 Wyciągi z kasztanowca i bluszczu świetnie wspomagają skórę w oczyszczaniu i poprawieniu krążenia.
Na włosy te ekstrakty działają głównie wygładzająco i wzmacniająco. Skład zacny, olejów niewiele i daleko, zatem jako dodatek do henny sprawdziła się dobrze. Nie twierdzę, że jest wyborem niezastąpionym – farbowałam się pierwszy raz, zatem jeszcze wiele odkryć przede mną, jeśli chodzi o maski dodawane do henny podczas farbowania. Ale ta opcja u mnie dała radę.
Po farbowaniu ta maska stała się moim głównym kosmetykiem regenerującym i wygładzającym włosy. Była swoistą bazą dla spiruliny i innych składników aktywnych, które nakładałam na włosy, często też wystarczała jako samodzielny kosmetyk.
Nie polecam nakładać jej na suche włosy, ani trzymać długo – zasycha tworząc strąki, kiepsko to wygląda, choć spłukuje się jak marzenie. 
Koszt to ok. 46 zł za 200 ml – objętość nie do wykończenia, mówię poważnie. We dwójkę intensywnie z niej korzystamy, została połowa. Nadal w użyciu.
 

Szampon lawendowy Bentley Organic

  
Nieco mniej wydajnym kosmetykiem okazał się lawendowy szampon od Bentley Organic. Ok, poleciałam na lawendę w składzie. Szampon uwiódł mnie zapachem, zanim jeszcze miałam okazję go powąchać – ot, wybujała fantazja. W rzeczywistości szampon pachnie jeszcze lepiej, jeśli więc szalejecie za zapachem lawendy, serdecznie polecam.
 
W składzie szamponu mamy:

Skład: woda, glukozyd decylu, laurylosiarczan betainy, guma ksantanowa, ekstrakt z liści aloesu, olejek z kwiatu Lawendy, ekstrakt z kwiatu passiflory, olej z nasion jojoba, olejek z kwiatu pelargonii, olejek ze skórki pomarańczy, Limonene i Linalool, alkohol denaturowany, kwas cytrynowy, konserwanty

Skład jest prosty – ot, woda, detergent, trochę soku z aloesu, olejki eteryczne, zagęstniki i konserwanty. Sama robię takie szampony.
Mężczyźni mogą go nie polubić, bo się pieni – rzecz jasna – słabiej niż sklepowe szampony dające przy najlżejszym tarciu pianę strażacką po sufit. A wiadomo – jak się nie pieni, to nie myje. 🙂 Lepiej dla mnie, cały szampon zużyłam sama i jestem zadowolona.

Szampon jest naprawdę dobry – jest to mniej-więcej to samo, co robię sobie sama, gdy akurat mam fantazję, dlatego tym chętniej po niego sięgnęłam. Niestety, jest mało wydajny. Butelka pachnącej, bezbarwnej i dość lejącej lawendowej uciechy wystarczyła mi na nieco ponad 5 tygodni używania zamiennie z moim samoróbkowym szamponem.
Żałuję, szampon jest naprawdę przyjemny i bardzo delikatny – w sam raz dla tych głów, które włosy muszą myć nie dlatego, że są oklejone kosmetykami do stylizacji lub tłuszczem, ale po prostu dlatego, że wypadałoby. Albo dla tych, których skóra głowy nie toleruje mocnych, drażniących detergentów.
Uwaga – szampon jest delikatny, ale daje radę podczas zmywania olejowych masek. Nie ma tu więc mowy o ściemie. Po prostu zużyjesz go więcej.
Koszt szamponu to 30 zł za 250 ml. Znośnie, biorąc pod uwagę dobry skład i łagodne działanie, aczkolwiek gdy mam do wyboru – zrobić lawendowy szampon z łagodnym detergentem sama czy kupić ten ponownie, wybieram opcję nr. 1 jednak.
 

Maseczka do włosów nabłyszczająco-nawilżająca eco cosmetics

  
Drugą maskę ratującą mi włosy wybrałam już z myślą o moich włosach – prostych, gładkich, w dobrej kondycji, ale potrzebujących stałego nawilżania. I jest to zdecydowanie najbardziej trafiony kosmetyk z tego zestawu. Mowa o maseczce nawilżająco-wygładzającej z Eco Cosmetics. Marka już jest mi znana, miałam kilka kosmetyków tej firmy i w większości byłam z nich zadowolona. Nie są przekombinowane, jeśli chodzi o skład a i cenowo są dostępne większości z nas.
Widzę, że moja maska ma nieco inne opakowanie niż to na stronie sklepu, ale porównałam składy – jest to dokładnie ten sam kosmetyk.
 
W składzie tej maski mamy:

INCI: Aqua, Olea Europaea, Cetearyl Alcohol, Butyrospermum Parkii, Lauryl Glucoside, Glyceryl Citrate/Lactate/Linoleate/Oleate, Brassica Oleracea Italica, Simmondsia Chinensis, Olea Europaea, Hippophae Rhamnoides, Artikum Lappa, Punica Granatum, Betaine, PCA Glyceryl Oleate/ PCA Glyceryl Oleate, Lecithin, Hydrogenated Hydrolysed Wheat Protein, Tocopherol, Parfum, Limonene, Linalool and Citronellol (components of essential oils), Citric Acid

 
Na ludzki: woda, oliwa z oliwek, emulgator, masło shea, łagodny detergent, estry gliceryny, olej z nasion brokuła, olej jojoba, oliwa z oliwek, olej z rokitnika, olej z łopianu, ekstrakt z granatu, betaina, emolienty i wygładzacze, lecytyna, proteiny pszenicy, wit E, związki zapachowe i kwas cytrynowy
 

 
Ja mam straszną słabość do kosmetyków zawierających ekstrakt lub olej z rokitnika. Nie wiem dokładnie dlaczego tak ukochałam sobie tę roślinę – poza tym, że jest po prostu genialnym kosmetykiem i lekiem sama w sobie – ale faktem jest, że można mnie skusić na kupno kosmetyku, jeśli w składzie dostrzegę rokitnik.
Ta maseczka również go posiada, w postaci oleju. Znam doskonale jego właściwości w kosmetykach do twarzy, ale zapobiega również wypadaniu włosów, działa przeciwłupieżowo oraz poprawia stan samych włosów dodając im połysku. Podobnie działa ekstrakt z granatu – wzmacnia włosy, wygładza je i regeneruje. 
Dodatkowo w składzie znajdziemy betainę – składnik cudotwórczy dla osób o nie tak gładkich i bezproblemowych włosach jak moje, bowiem odżywia ona włosy, ułatwia rozczesywanie i zapobiega ich elektryzowaniu. 
 

 
 
Opakowanie to poręczna tubka, z której łatwo jest wydobyć odpowiednią ilość maski. Sam kosmetyk ma konsystencję idealną – podczas gdy maska z Biofficina Toscana może być nieco zbyt gęsta dla niektórych (no, szczególnie dla posiadaczek włosów suchych i kręconych…), tak ta jest cudownie kremowa, gładka, niezbyt lejąca. 
Koszt tej maseczki to 34 zł za 125 ml – bardzo tanio, biorąc pod uwagę jej skład i wydajność. Maska jest u mnie na wykończeniu po ok. 6, może 8 tygodniach używania.
 

Jak stosowałam te kosmetyki?

Szampon – wiadomo, bez rewolucji. Myłam nim włosy 🙂 I cieszyłam się jego zapachem. Naprawdę go czuć, również na włosach po wyschnięciu, choć nie tak długo, jak bym chciała. Lawendowa mgiełka jednak towarzyszyła mi przez jakiś czas po umyciu.
 
Maseczki stosowałam na różne sposoby, ale wypracowałam sobie najlepszy dla siebie. Tę gęstą z Biofficina Toscana stosowałam jako 10-minutową maskę pod prysznicem po umyciu włosów. Nakładałam ją obficie na mokre włosy i po tych 10-15 minutach spłukiwałam. Włosy jak nowe.
Owszem, robiłam i robię nadal z niej również maski przed umyciem włosów – wówczas jest moją bazą do kombinacji półproduktowych wszelakich. Najchętniej dosypuję do niej spirulinę i dodaję pantenol, glicerynę, żel hialuronowy, odrobinę wody lub hydrolatu, ale nie ma reguły. Zdarzyło mi się również zmieszać ją z żółtkiem i olejem kokosowym, jednak trzeba pamiętać o tym, że ta maska lubi zasychać na włosach. Lepiej jest ją nakładać na mokre włosy i/lub nie przetrzymywać zbyt długo.
 

 
 
Z kolei maseczka z Eco Cosmetics najlepiej sprawdziła się właśnie, gdy trzymam ją na głowie długo – dwie godziny… do kilku 🙂 I jest samowystarczalna, nie trzeba do niej dodawać żadnych składników. Można, ale w tym przypadku konsystencja jest dobra, nie trzeba jej polepszać. Czasami nakładam ją pod prysznicem na kilka minut zanim spłuczę włosy, ale czuję, jakby to było marnotrawstwem. Ona naprawdę ma przebogaty skład i pięknie nabłyszcza włosy.
 
Na pewno warto zainteresować się tymi produktami, jeśli szukacie czegoś mocno odżywiającego i nawilżającego dla swoich włosów. A ja coraz bardziej lubię markę Eco Cosmetics i coś czuję, że jeszcze się spotkamy.
 
Miłego dnia
Arsenic

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>